Śmierć starego Gabriela
Stary Gabriel – nie wiem, czy tak miał na imię, ale tak go nazywali. Masywnie zbudowany, z długą siwą brodą i długimi, nadzwyczaj bujnymi włosami, których czas nie zabrał mu z głowy. Chyba na cześć archanioła go tak nazywali. Na skraju wsi konała drewniana chałupa Gabriela. Wcześniej umarło wielkie drzewo u jej narożnika. Starą lipę wiatr wiosenny pokonał. Konała jeszcze ze swym świeżym liściem, namiastką aureoli. W ciepłe dni Gabriel siedział na ławeczce z deski modrzewiowej, starszej od niego samego. Opierał zmęczone plecy o ścianę chałupy i patrzył, jak pośród umierania jego świata rodzą się nowe. Czarna kotka wyprowadziła swój wesoły miot na pierwszy obchód. W szczycie na ganku hałasowały pisklaki jaskółek. Sarna żuła świeżą trawę w jego ogrodzie. Nic nie zwiastowało umierania, ale stary człowiek czuł, że już umarł, że świat go nie potrzebuje, ani on już świata nie łaknie. Przekonał się, że śmierć przychodzi sama, bez pytania. Łaskawie zamyka oczy umęczonej istocie, żeby nie śniła już tych pięknych marzeń o istnieniu, żeby nie pożądała strawy i napoju, żeby dać światu wytchnienie od tej istoty, która żyła kosztem innych istnień. Gabriel uśmiechnął się i zapytał, czy to sprawiedliwość. Sam sobie odpowiedział: „Nie, to tylko moja śmierć”. I z tym łagodnym uśmiechem zastygł na wieki.
R