Śmierć Kasi



Kasia była najstarszym kotkiem we wsi. Moja matka ją głaskała, ja ją głaskałem i moja córka ją głaskała. Na kocie lata przeliczając, ze sto lat ich miała. Wykorzystała wszystkie z sześciu kocich żyć. Jeszcze w październiku wygrzewała swe kocie, stare kości przy murze domu rodziców. Przedstawiała sobą ten wzruszający obraz starczej bezradności. Słabo słyszała, marnie widziała, niemrawo się poruszała, ale czuła intensywnie te ostatnie promienie słońca, ciepło darowanego istnienia. Kasia umarła w pokoju, w którym umarła moja babka i moja matka. Jakoś tak się złożyło, że mamy pokój do umierania. Pochowałem ją pod młodym dębem nad stawem. Ładne miejsce, ciche i osłonięte od wiatru. Żegnaj, Kasiu. Ciekawe, czy Żyd Jezus przygarnia w niebie bezdomne kotki. Żywię wielką nadzieję, że tak.

 

Powrót

                                                                                                                                                  R