Pożegnanie Edka
Listopad nas dopadł, osaczył przymrozkami srebrnymi, utrwalił chłód pełnią księżyca. Bielmo cyklopa, oko, beznamiętnie spogląda na ciśniański cmentarz. Odwiedzamy zmarłych, przewracamy karty pamięci o nich, staramy się przypomnieć sobie, czy byli tacy, jakich zachował nasz umysł. Zazwyczaj wszystko było inaczej, niż myślimy. Rzeczywistość miesza się z fantazją, jak ta ziemia rzucana na trumnę. Pewnikiem jest tylko to, że szybko się to odbywa, to całe istnienie. Tak też było z Edkiem. Mam przed oczyma jego bieszczadzką szamotaninę. Był obywatelem, który dużo wnosił we wszelkie sfery naszej skomplikowanej tkanki społecznej. Cenił sobie pracę i wszelki twórczy wysiłek. Kreował rzeczywistość z uporem i konsekwencją. Odczuwało się do niego naturalny szacunek, niczym niewymuszony. Szykowaliśmy się do sezonu, każdy w gorączce przygotowań. Spotkałem na górze ciśniańskiej Kubę Wierzbickiego.
– Gdzie idziesz? – pytam.
– Na pogrzeb – odpowiada.
– Czyj?
– Edka Karnasa.
Ogarnąłem się szybko i dołączyłem do żałobników. Ani przemowy, ani milczenie nic tu nie wyrażą. Żegnaj, obywatelu naszego świata. Spoczywaj pod tymi uśpionymi lipami w spokoju.
R