Kryzys wieku średniego
Opowieść klienta przy barze o przemijaniu, wartościach, buncie i ostatecznej klęsce była bardzo pouczająca. Lubię amerykańską, redneckowską motoryzację, to się trochę w temat wciągnąłem. Gość po pięćdziesiątce, jeśli chodzi o lata, a po trzech pięćdziesiątkach czystej wódy, jeśli chodzi o chlanie, siedział naprzeciwko mnie. Postury słusznej, z gębą bystrzacha, z oczu melancholik przed atakiem furii.
Odśnieżając wejście przed Siekierą, zwróciłem uwagę na czarnego Dodge’a Rama. Ładna furmanka. Skojarzyłem, że to wozidło mojego jednego klienta w tym cudownie smętnym, styczniowym dniu. Wróciłem za kontuar i spytałem:
– Twoje to czarne monstrum?
– Tak. Kupa złomu, którą kupiłem sobie na granicy kryzysu wieku średniego, zjebała się po 666 km. To chyba omen był. A młoda dupa, którą przysposobiłem sobie na ruchanie, bo żonę trzeba oszczędzać, zjebała się po 66 km przebiegu. Tyle wytrzymałem jej pierdolenia o rodzajach tipsów i przedłużaniu rzęs. Wyjebałem ją na jakimś CPN-ie po drodze. Nie seksualnie, z samochodu. Teraz została mi tylko Siekierezada, żeby sobie poświętować ten zimny prysznic na łeb. Polej jeszcze jedną pięćdziesiątkę.
Pogadaliśmy jeszcze o silnikach rozwidlonych V8 i wydawało mi się, że i ja, i on zapomnieliśmy o kryzysie wieku średniego, o ile takie coś istnieje.
R