Jak cudowny motyl
Kiedy Małgorzata szła przez wieś, przemierzając jednoosobowo nasz pojedynczy trakt, uklepany w tym kształcie jeszcze za cesarza Franciszka, wszystkie chłopy siedzące na murku pod sklepem mimowolnie wstawali – albo coś im tam na pewno stawało, oprócz myśli, oprócz rojeń, oprócz zwierzęcej gorączki.
Małgorzata nie szła, ona frunęła zgrabnymi baletnicy albo kotki w rui, elastycznymi ruchami. Tak między Bogiem a prawdą, Małgorzata cały czas była w rui, falując na wietrze swym sromem na podobieństwo motyla. Unosiła się nad ziemią. Taki obraz apoteozy pożądania zakodowali sobie mężczyźni. Okazuje się, że jak samica jest matką boską niepokalaną, to samce nie mogą jej tego wybaczyć – bo ruchania nie ma. I ta nienawiść jest zespołowa. Okazuje się, że jak samica dopuszcza wszystkich chętnych, to też jej nienawidzą – każdy z osobna, że ona częstuje innych swym motylem. I ta nienawiść jest indywidualna.
Jak cudowny motyl, falując swym nieokiełznanym sromem na wietrze, przedzierała się Małgorzata przez nienawiść mężczyzn.
R