GMC CCKW352 SWB

 

To było święte GMC wszyscy je tak nazywaliśmy, nad zamkniętą kabiną z okrągłym otworem w dachu nad miejscem pasażera umocowana była solidna rama ze stalowych ceowników z obrotnicą na karabin maszynowy. W czasie wojny pomocnik szofera pełnił rolę kaznodziei wskakiwał na swoje siedzenie, chwytał oburącz rączki ciężkiego karabinu maszynowego i błogosławił szkopów ołowiem, niektórzy nazywali to miejsce amboną. Z UNRRY to krótkie GMC 352 trafiło do wojska polskiego, a później pod koniec lat pięćdziesiątych wylądowało w bieszczadzkiej bazie transportu leśnego. Szczęśliwcem, który powoził tym pięknym pojazdem był Andrzej jeden z bliźniaków, który wraz ze swym bratem Krzysztofem przyjechał do pracy w Bieszczady gdzieś z Polski. Andrzej zbił z dwóch desek podest i w chwilach wolnych od pracy podjeżdżał swym GMC najczęściej nad brzeg Sanu, kładł ten podest na obrotnicę karabinu i siedział tam na tej swojej ambonie godzinami wpatrując się w nurt wody. Wtedy tego jeszcze nie wiedziałem, ale Andrzej wpatrywał się w swoją przyszłość, wpatrywał się w to, co ma się zdarzyć, w to, co będzie musiał unieść na swych barkach. Jego brat Krzysztof, mimo że z tego samego miotu się ulągł zdawało się był zupełnym przeciwieństwem brata. Andrzej samotny na tym swoim bocianim gnieździe żeglował bardziej wewnątrz własnego oceanu, Krzysztof wylewny poszukujący towarzystwa i rozmowny jakby stwórca podzielił między tych dwóch braci wszystkie cechy charakteru jak te czerwone i białe szklane kulki, jeden dostał wszystkie krwiste zaś drugi białe. Krzysztof jeździł GMC z otwartą kabiną nawet te pojazdy podkreślały różnice pomiędzy nimi. Andrzej ukryty w szoferce za drzwiami starający się nie rzucać w oczy, Krzysztof za kierownicą swojego dżemsa w objęciach ciepłego wiatru od połonin żeglował nim po żwirówkach pozdrawiając dłonią wszystkich znajomych, napotkanych ludzi. W wiosenne i letnie ciepłe dni, najczęściej w niedzielę, większość kierowców jechało do miasta powiatowego na zabawę, a Andrzej mył swoje GMC i jechał nim nad brzeg Sanu siedział na tym swoim podeście nad kabiną, albo stał bez ruchu i wpatrywał się w ten płynący nurt wody jakby odliczał czas do tego, co miało się wydarzyć. Wszyscy widzieliśmy, że mimo różnicy charakterów braci bliźniaków łączą więzi silne jak lina z wciągarki Studebakera, i że jedyną władną mocą by ją przerwać jest chyba sama śmierć. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale Andrzej z tej swojej ambony widział już chyba tą siłę i dlatego tak hipnotycznie wpatrywał się w ten płynący z nurtem Sanu czas zbliżający braci do tej ich godziny. Krzysztof poznał w mieście Annę, kobieta to była taka, że każdy mężczyzna za jej czarem chciał iść jak pies, bili się na pięści o jej uśmiech na zabawach, zaczepiali, zalecali się, ale ona wybrała Krzysztofa, dobrze chyba wybrała, bo było w nim tyle ciepła do innych ludzi i Anna intuicyjnie czuła, że tego żaru starczy im po wsze czasy. Anna przyjeżdżała nie raz do bazy w odwiedziny do swego narzeczonego i wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale gdy w piękny, wiosenny dzień przechadzała się nad brzegiem Sanu mijała GMC, na którym w swym bocianim gnieździe siedział Krzysztof jak zwykle wpatrując się w nurt rzeki. Anna zapytała się o Andrzeja, po czym odeszła i gdyby się może nie odwróciła jak ta żona Lotta, to nic by się nie wydarzyło w przyszłości, ale ona nie wiedziała wtedy, że bóg przydzielił jej tę rolę i się odwróciła. Napotkała wzrok Andrzeja, który wpatrywał się w nią tak przenikliwie jak w ten bystry nurt rzeki i gdybym to wtedy widział to pewnie wiedziałbym, co się stanie, ale my wracaliśmy z Krzysztofem Dodge'm z powiatu z zaopatrzeniem niedane mi było tego widzieć. Ten piękny, wiosenny dzień z kwitnącymi wszędzie żółtymi ziarnopłonami był piękny, ale dla przyszłości braci i Anny był początkiem tragedii, był końcem tego, czego początek widział Andrzej wpatrując się z ambony swojego dżemsa w nurcie bystrego Sanu. Jak Krzysztof się dowiedział, co się wydarzyło tego dnia to wziął ten stary karabin mosina, którym kłusowali chłopaki z bazy przeładował go, wystrzelił raz w powietrze i podał bratu mówiąc:

- Jak to zrobiłeś zastrzel ją.

I Andrzej wziął ten karabin i strzelił do brata tak jak stał, a później rzucił go w błoto, odpalił swojego dżemsa i pojechał nim do lasu. Anna leżała wpół oszalała nad zwłokami Krzysztofa, a Andrzeja znaleźliśmy kilka godzin później i odcięliśmy go od bukowej gałęzi. Pamiętam, że na obrotnicy karabinu nad kabiną siedział wielki kruk i wtedy dotarło do mnie, co on widział w tym nurcie rzeki. Wysiadując na swojej ambonie i wpatrując się w ten nurt bystrej wody on wyczytał w niej opowieść o Ablu i Kainie i żonie Lotta. Kiedy ułożyliśmy go na pace ten wielki kruk zerwał się spłoszony do lotu i załopotał złowrogo skrzydłami.

Stary Michał wstał ze stopnia GMC, GMC, na którym siedział opowiadając tę historię i rzekł:

- Ten samochód jest twój, jeden z nich był twoim ojcem.

Około trzydziestoletni mężczyzna rzekł:

- Pan wie, który, czy może mi pan powiedzieć, który z nich?!

- Tego nie wiem, to wiedziała tylko ona - twoja matka, ale wiem, że jej nie pamiętasz, bo trafiłeś do sierocińca jak miałeś półtora roku. Ona twoja matka nie wytrzymała tego wszystkiego i może gdyby się wtedy nie odwróciła...

Stary Michał uścisnął dłoń Tadeusza i powiedział na odchodne:

- Krzysztof mówiąc wtedy żeby ją zastrzelił wiedział, co się stanie i Andrzej też wiedział, bo wyczytał to z nurtu Sanu, Anna nic nie wiedziała, tak to już bywa w męskim świecie kobiety są tylko ofiarami, w męskim świecie wszystko jest ofiarą... - dodał ze smutkiem.

Stary Michał umówił się na tę rozmowę z Tadeuszem w piękny, wiosenny dzień wśród kwitnących wszędzie ziarno płodów, umówił się nad tym samym brzegiem Sanu i tutaj przekazał to GMC synowi Abla i Kaina. Stary Michał odszedł, a Tadeusz wspiął się na obrotnicę karabinu maszynowego gdzie leżały dwie krótkie deski i długo tam jeszcze siedział patrząc się w nurt bystrego Sanu, patrzył się z tej ambony na kazanie o życiu Abla, Kaina i żony Lotta, patrzył się na kazanie o własnym istnieniu...

 

Powrót

                                                                                                                                                  R